• 1 Jan Paweł II
    "Miłosierdzie Boże winien Kościół wyznawać i głosić je w całej prawdzie tego, co mówi nam o nim Objawienie. W codziennym życiu Kościoła rozbrzmiewa jakby nieustające echo tej wyrażonej w Biblii prawdy o miłosierdziu Boga poprzez liczne czytania świętej liturgii."
  • 2 św. Maksymilian Maria Kolbe
    Możemy wybudować wiele kościołów. Ale jeśli nie będziemy mieli własnych mediów, te kościoły będą puste".
  • 3 św. Faustyna Kowalska
    "Powiedz, że miłosierdzie jest największym przymiotem Boga. Wszystkie dzieła rąk moich są ukoronowane miłosierdziem."
  • 4 bł. Ks. Jerzy Popiełuszko
    "Ma­my wy­powiadać prawdę, gdy in­ni mil­czą. Wy­rażać miłość i sza­cunek, gdy in­ni sieją niena­wiść. Za­mil­knąć, gdy in­ni mówią. Mod­lić się, gdy in­ni przek­li­nają. Pomóc, gdy in­ni nie chcą te­go czy­nić. Prze­baczyć, gdy in­ni nie pot­ra­fią. Cie­szyć się życiem, gdy in­ni je lekceważą."
  • 5 Ojciec św. Franciszek
    "Bóg jest dla nas bardzo miłosierny. My również uczmy się być miłosierni dla innych, szczególnie tych, którzy cierpią."

Rozważania

Wyznać wiarę

 Fragment Ewangelii niedzielnej mówi o wyznaniu wiary Jana Chrzciciela w Bóstwo Jezusa Chrystusa. Wyznanie to czyni z syna Elżbiety i Zachariasza drogowskaz wskazujący drogę innym. Po jego słowach: „Oto Baranek Boży”, na drugi dzień, dwaj uczniowie Chrzciciela – późniejszy autor czwartej Ewangelii Jan oraz brat Szymona Piotra, Andrzej – opuścili mistrza i powędrowali za Jezusem. To publiczne wyznanie wiary Jana Chrzciciela ukazało im drogę do Zbawiciela.

 Wielu współczesnych ludzi usiłuje twierdzić, że wiara to prywatna sprawa, to rzeczywistość, którą można zamknąć na dnie swego serca i nie należy jej na zewnątrz ujawniać. Najczęściej pogląd ten zawarty jest w stwierdzeniu: „Należę do ludzi wierzących, lecz nie praktykujących”. Zwolennicy tego sposobu myślenia nie zdają sobie sprawy z tego, że pośrednio przyznają się do braku chrześcijańskiej wiary.

 Ktokolwiek bowiem wchodzi przez akt wiary w kontakt z Chrystusem, jego serce wypełnia nie tylko prawdziwe szczęście, lecz i wielkie pragnienie podzielenia się nim z innymi. Wykładnikiem autentycznej wiary jest pragnienie apostolstwa, troska, by innym ukazać drogę do prawdziwego szczęścia. Jeśli więc ktoś twierdzi, że wiara to jego prywatna sprawa, dowodzi jednoznacznie, że jej nie posiada. Ona bowiem nigdy nie mieści się w sercu człowieka, lecz przelewa się na innych. To należy do jej natury. Nadmiar szczęścia zawartego w akcie wiary zmusza człowieka wierzącego do dzielenia się nim z innymi.

 Doświadczył tego św. Augustyn, gdy po swoim nawróceniu pragnął podzielić się swoją radością i pokojem z innymi. „O, gdyby oni dostrzegli to wewnętrzne światło wieczne! Ponieważ sam je nieco poznałem, dręczyło mnie, że nie miałem sposobu, aby je ukazać innym (...) Nie wiedziałem, w jaki sposób można wspomóc te głuche trupy, do których liczby sam przedtem należałem” (Wyznania IX, 4).

 Najprostszą formą publicznego wyznania wiary jest udział w niedzielnej Eucharystii. Już samo wędrowanie do kościoła jest wyznaniem naszej wiary, nie mówiąc o obecności przy ołtarzu, wspólnej modlitwie, śpiewie, czy przyjmowaniu Komunii świętej.

 Ta niedzielna praktyka religijna kształtuje z kolei wyznanie wiary w życiu codziennym. Tam, gdzie nie dociera religijna książka, kapłan, dociera wierzący chrześcijanin i rozlewa szczęście swego serca na otoczenie. Staje się wówczas, jak Jan, drogowskazem ukazującym nie łatwą ale jedynie pewną i piękną drogę do prawdziwego szczęścia.

 Kto twierdzi, że wiara to jego prywatna sprawa, winien głębiej przemyśleć Chrystusowe słowa: „Wy jesteście światłością świata”. Wynika z nich, że otrzymaliśmy wiarę nie po to, by oświecała jedynie nasze serca, ale świat! To oświecanie świata dokonuje się często przez publiczne wyznanie wiary.

 

Ks. Edward Staniek
 
 



e-religijne.pl - księgarnia katolicka

Z Matką Księcia Pokoju

W człowieku istnieje mechanizm odpowiedzialny za odporność organizmu na ataki wszystkiego, co zagraża zdrowiu człowieka. Uszkodzenie tego mechanizmu czyni człowieka kaleką i skazuje go na niechybną śmierć przy pierwszym ataku jakiejkolwiek choroby. Oto dramat ludzi chorych na AIDS.
W życiu duchowym istnieje podobny mechanizm, który uruchamia rezerwę dodatkowej energii, gdy trzeba bronić się przed złem lub pokonywać poważniejsze trudności. Jeśli ten mechanizm podlega kontroli rozumu i wolnej woli, jego działanie jest twórcze. Dramat występuje w dwu wypadkach. Jego uszkodzenie lub zniszczenie, zwłaszcza przez niewłaściwe wychowanie, wypełnia człowieka ciągłym lękiem i czyni go bezradnym życiowo. Są to ludzie nie mający siły przebicia, nie zdolni do walki o swoje miejsce w świecie, noszący nieszczęście w sobie. Drugi rodzaj dramatu polega na niekontrolowanym lub niewłaściwym korzystaniu z tej energii. Ma to miejsce w chwilach wybuchu gniewu lub systematycznie podsycanej nienawiści. W tym wypadku mamy do czynienia z konfliktami, które kierują się tymi samymi prawami w skali kłótni małżeńskiej, jak i w skali wojen między narodami. Można to było obserwować na terenie rozpadającej się Jugosławii.
Kiedy Bóg wyposażył człowieka w mechanizmy obronne zarówno wobec chorób, jak i zła moralnego, chciał, by zawarta w nich energia była wykorzystana wyłącznie dla dobra człowieka i całej ludzkiej rodziny. Człowiek jednak i ten dar wykorzystał dla niszczenia siebie i innych. Syn Boga przybywając na ziemię, chciał nam pomóc w powrocie do właściwego wykorzystania otrzymanych od Ojca energii. Na tym między innymi polegało Jego zbawcze dzieło. Wszedł On odważnie między wrogów panując nad sobą w sposób doskonały. Nie sięgnął po potężną moc, jaka była do Jego dyspozycji, by zniszczyć przeciwników. Chciał nam ukazać, że pokój nie polega na tym, by własną przemocą opanowywać przemoc innych. Na tym polega tajemnica wojny! Pokój polega na opanowaniu własnych sił, by promieniować miłością nawet do wrogów.
Niewielkie grono ludzi przyjęło Jego zasadę pokoju. Nauka ta wolno dociera do świadomości ludzkości. Potrzebne jest bardzo bliskie spotkanie z Chrystusem, by odkryć mechanizm pokoju, jaki On przekazuje światu. Powierzchowne spotkanie z Ewangelią, nawet zanurzenie w wodzie chrztu, nie wystarcza do tego, by stać się apostołem Bożego pokoju. Stąd też nikt się nie dziwi, że wśród chrześcijan niewielu zdołało przekuć miecze na lemiesze, a włócznie na sierpy. Większość usilnie ostrzyła i ostrzy miecze wzajemnie na siebie. Polska ziemia również bywała zbroczona krwią bratobójczą. Z obu stron frontu mówiono: „Ojcze, odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”, by zamiast „Amen” wymierzyć cios, ranić, zabijać. Wielka kompromitacja ewangelicznej postawy, kompromitacja — powiedzmy jasno — dokonana przez pseudochrześcijan, którzy z Ewangelii zabierali tylko imię Chrystusa a nie Jego ducha.
Pierwszy stycznia jest dniem szczególnej modlitwy o pokój w całym Kościele. Dzień ten poświęcony jest Matce Bożej. To z Nią Kościół wchodzi w nowy rok z nadzieją, że pomoże w opanowywaniu wszelkich porywów gniewu, zarówno w rodzinnych domach, jak i układach międzynarodowych. Ona, która była świadkiem gniewu wylanego na Jej Syna i nie rzekła ani słowa, wie, że walka o pokój na ziemi zawsze będzie wyglądała dokładnie tak, jak na Golgocie. Tam prawdziwe zwycięstwo należy do Jej Syna, a nie do tych, którzy przybili Go do krzyża. Tam ogień ich okrucieństwa i nienawiści został ugaszony miłością i pokojem Tego, kogo uśmiercili. Modlitwa o pokój na świecie to wspólne błaganie Boga o rozprowadzenie wody pokoju, która płynie ze źródła bijącego na Kalwarii.
Ks. Edward Staniek
Księgarnia religijna e-religijne.pl

Radość wielka

Święta noc Bożego Narodzenia to noc najradośniejszego orędzia, jakie kiedykolwiek usłyszała ludzkość. Posłaniec z nieba ogłosił: „Zwiastuję wam radość wielką. Dziś (...) narodził się wam Zbawiciel”. Gromadzimy się razem z milionami ludzi, którzy czuwają tej nocy, aby ponownie przeżyć głęboką treść tego orędzia: „narodził się wam Zbawiciel”.
Niech ta wiadomość dotrze dziś do szpitalnych sal, do łóżka każdego chorego człowieka, do ludzi zmęczonych cierpieniem: „Narodził się wam Zbawiciel”. On jest jeden jedyny, który potrafi nadać sens cierpieniu. On jeden jedyny, który potrafi przeprowadzić człowieka przez mękę. Wystarczy w Niego uwierzyć, by ze szpitalnego łóżka słabą ręką można było dosięgnąć nieba. „Narodził się wam Zbawiciel”.
Niech słuchają tych słów sieroty. Niech otrą gorzką łzę spływającą po smutnym obliczu. Niech usłyszą te słowa mieszkańcy domów dziecka, zakładów wychowawczych, dzieci cuchnących melin, wyziębłych z powodu braku miłości mieszkań: „Narodził się wam Zbawiciel” — Ojciec dla sierot. Przybył, aby budować dom dla bezdomnych, by znaleźć matkę i ojca, którzy przygarną porzucone dziecko. Przybył, aby uczynić możliwym to, co dla nas niemożliwe, aby spełnić najgłębsze pragnienie ludzkiego serca, pragnienie rodzinnej miłości. „Narodził się wam Zbawiciel”.

Czytaj więcej: Radość wielka

Zakochajcie się!

W jednym mieszkaniu współżyją ze sobą trzy pokolenia. Przedstawicielem najstarszego jest babcia licząca 77 lat, najmłodsze reprezentują dwie wnuczki, jedna ma lat osiemnaście, druga dwadzieścia. Babcia nie może chodzić, więc co pewien czas przynoszę jej Komunię świętą. Z reguły zastawałem w mieszkaniu duży bałagan i nie znajdowałem ani ja, ani rodzice żadnych argumentów zdolnych przekonać młode dziewczęta, by zadbały o porządek. I oto pewnego razu wchodzę i zastaję zdumiewający ład. Wszystko na swoim miejscu, czyściutko, miło. Pytam, na kogo czekają. Tata tajemniczo się uśmiecha i powiada: „Najmłodsza córka się zakochała i odkąd do domu przychodzi jej chłopiec, wstaje wcześnie rano i robi porządki. Dla niego stać ją i na wysiłek, i na rezygnację z długiego snu”. Miłość dokonała w jej życiu nawrócenia. Przemieniła świat bałaganu, brudu, nieładu w miły, uporządkowany, piękny dom. Ten świat został nie tylko ubogacony wejściem innego człowieka, lecz gruntownie przemieniony – nastawiony na spotkanie, czekający na przeżycie czegoś, co jest piękne.
Dotykamy tu tajemnicy nawrócenia. Człowiek najczęściej żyje w bałaganie, jeśli nie żyje dla kogoś. Trudno dla siebie samego podejmować trud upiększania swego świata, trudno w tym celu zmobilizować swe siły. A nawet jeśli się zdarzy, że ktoś dla siebie samego usiłuje idealnie poukładać swój świat, staje się on zimny, lodowaty. Porządek wprowadzony przez egoizm ostatecznie jest wielką klęską człowieka.
Tysiące ludzi pragną się nawrócić, dostrzegają małość swego świata, potrzebę jego przemienienia i upiększenia, ale nie mają dla kogo tego uczynić. Stąd też nie posiadają dość siły, by tej zmiany dokonać. Istotnym elementem nawrócenia jest odkrycie prawdy, że moje życie ma sens jedynie wówczas, gdy na kogoś czekam, gdy dla kogoś żyję, gdy jestem komuś potrzebny. Chodzi o znalezienie kogoś, dla kogo mogę pracować, tworzyć, trudzić się i cierpieć. Kogoś, komu mogę być potrzebny nawet wówczas, gdy stracę siły, gdy świat zamknie się w granicach łoża boleści, gdy skleroza będzie utrudniać życie mnie i mojemu otoczeniu. Jeśli ten ktoś się znajdzie, w krótkim czasie w domu naszego serca zapanuje ład, zrobi się ciepło i jasno.
Ojciec co drugie słowo rzucał klątwy. Upominała go żona, upominała matka – nic nie pomagało. Ale kiedy usłyszał, że jego synek uczący się mówić jako pierwsze słowo wypowiedział nie „mama” nie „tata” – ale słyszane od niego wulgarne przekleństwo, zaniemówił z wrażenia. W ciągu miesiąca wyrzucił wszystkie ordynarne słowa ze swego słownika. Uczynił to dla dziecka. To czego nie dokonały prośby ani matki, ani żony – dokonała miłość, prawdziwa troska o dobro maleńkiego synka.
Nawrócenie dokonuje się w momencie znalezienia kogoś, dla kogo warto zmobilizować siły, by być dla niego dobrym. Jeśli się to stanie, serce wypełnia dobroć i rozlewa się nie tylko na tego kogo kocha, lecz na całe otoczenie.
Oto Jan Chrzciciel zwraca się do nas z wezwaniem „Nawróćcie się... Przygotujcie drogę Panu. Prostujcie ścieżki dla Niego”. Właśnie dla Niego. Nie dla siebie, ale dla Niego. Innymi słowy Jan pragnie, byśmy odkryli, że Bóg nas kocha, że przychodzi do nas, by nadać naszemu życiu pełny sens. On każdego z nas potrzebuje. I tego twórczego, podziwianego przez otoczenie i tego cierpiącego, zapomnianego, czasem odrzuconego nawet przez najbliższych. Jesteśmy Bogu potrzebni. Trzeba Mu pomóc w zbawianiu świata.
„Nawróćcie się” to tyle samo, co zakochajcie się w Bogu. Gdy serce wypełni miłość, życie stanie się piękne i niezwykle wartościowe.
Ks. Edward Staniek

„Chodźcie... postępujmy w światłości Pańskiej!” (Iz 2, 5)

Głównym tematem Adwentu jest oczekiwanie na Pana, rozważane w rozmaitych aspektach.
 
Przede wszystkim oczekiwanie Starego Testamentu, wytrwale zwróconego ku przyjściu Mesjasza. Mówią o tym proroctwa, które liturgia w tym czasie podaje wiernym do rozważania, aby obudzić w sercach głębokie pragnienie i potrzebę Boga, tak bardzo żywe w pismach prorockich, a równocześnie, by wezwać ich do dziękczynienia Najwyższemu za niezmierzony dar zbawienia. Ono w rzeczy samej jawi się już na horyzoncie nie jako wydarzenie przyszłe, obiecane tylko i wyczekiwanej przez wcielenie bowiem Syna Bożego i Jego narodzenie w czasie stało się rzeczywistością. Odkupiciel przyszedł i w Nim spełniły się nadzieje Starego Testamentu, a otwarły nadzieje Nowego. Oto więc nowe oczekiwanie. Przyjście Zbawiciela ma się dokonać w sercu każdego człowieka, historia całej ludzkości zaś jest już teraz skierowana ku paruzji, tj. ku chwalebnemu powrotowi Chrystusa na końcu czasów. W takich perspektywach należy słuchać i rozważać czytania Adwentu.
 
Izajasz mówi z pewną emfazą o erze mesjańskiej, w której wszystkie narody zejdą się do Jerozolimy, by wielbić jedynego Boga: „Mnogie ludy pójdą i rzekną: «Chodźcie, wstąpmy na Górę Pańską do świątyni Boga Jakubowego! Niech nas nauczy dróg swoich, byśmy kroczyli Jego ścieżkami»” (2, 3). Wszyscy ludzie złączeni jedną religią staną się braćmi i „nie będą się więcej zaprawiać do wojny” (tamże 4). Jerozolima jest figurą Kościoła, ustanowionego przez Boga jako „powszechny sakrament zbawienia” (KK 48). Kościół zaś wyciąga ręce do wszystkich ludzi, by przyszli do Chrystusa i, stosując się do Jego nauki, żyli jak bracia w zgodzie i pokoju. Ale jakże długą drogę trzeba jeszcze przebyć, nim to urzeczywistni się w pełni! Każdy chrześcijanin powinien by stać się głosem, który z żarliwością Izajasza nawołuje ludzi do jedynej wiary i do miłości braterskiej. Ten fragment proroctwa kończy się sugestywnym wezwaniem: „Chodźcie... postępujmy w światłości Pańskiej” (2, 5).
 
W drugim czytaniu św. Paweł. mówi nam zaś, co należy czynić, aby chodzić w takim świetle: „odrzucić uczynki ciemności” (Rz 13, 12), czyli grzech w każdej jego postaci i „przyoblec się w zbroję światła” (tamże), to znaczy w cnoty, przede wszystkim w wiarę i miłość. Jest to sprawa nagląca, „ponieważ zbawienie jest bliżej nas” (tamże 11); istotnie historia zdąża ku swej ostatniej fazie, ku powtórnemu przyjściu Pana na końcu czasów. Czas, który nas od tego dzieli, powinien być wykorzystany z gorliwością. Pan, który już przyszedł przez swoje doczesne narodzenie w Betlejem, stale obecne w życiu każdego człowieka i całej ludzkości, i „ma przyjść” na końcu czasów, powinien być przyjęty, naśladowany i oczekiwany w żywej i czynnej wierze, nadziei i miłości. Sam Jezus mówił o postawie czujnego oczekiwania, jaka powinna cechować całe życie chrześcijanina: „Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie” (Mt 24, 42). Nie odnosi się to tylko do paruzji, lecz również do tego przyjścia Pana, które dokona się dla każdego człowieka przy końcu życia, gdy spotka się twarzą w twarz ze swoim Zbawicielem. To będzie najpiękniejszy dzień, początek życia wiecznego. „Dlatego... bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie” (tamże 44).
 
Wszechmogący Boże, prosimy Cię, tak kieruj naszą wolą, byśmy, przygotowując się przez dobre uczynki na spotkanie z przybywającym Chrystusem, wezwani mogli stanąć po Jego prawicy i wejść do królestwa niebieskiego.
Niech nas, o Panie, na tym przemijającym świecie podtrzymuje Sakrament, który sprawowaliśmy, i niech nas od tej chwili nauczy kochać rzeczy niebieskie oraz szukać wartości nieprzemijających (Mszał Polski: kolekta i modlitwa po Komunii).
 
Miłość nasza ku Tobie, o Panie, opiera się na wewnętrznym przekonaniu, że jej odpłatą będzie miłość samego Boga, a wątpić o niej niepodobna, bo Ty sam dowiodłeś nam jej przez rozmaite cierpienia i utrapienia aż do wylania krwi, aż do ofiary z własnego życia, właśnie na to, byśmy o niej byli przekonani... Racz, o Panie, dać nam Twoją miłość, przynajmniej zanim umrzemy! Jak wielką pociechą w chwili śmierci byłaby dla nas myśl, żeśmy nad wszystko miłowali Tego, który będzie nas sądził! Staniemy przed Tobą z ufnością, choć z całym brzemieniem win naszych, w przekonaniu, że nie wchodzimy do obcej krainy, ale do własnej ojczyzny, do królestwa Tego, którego tak miłowaliśmy i który nas tak bardzo miłuje (św. Teresa od Jezusa: Droga 40, 7–8).
O. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
 
 

e-religijne.pl - katolicki sklep religijna księgarnia

Zejdź prędko!

W historii Zacheusza wielu z nas mogłoby znaleźć dla siebie obfite źródło nadziei i duchowej inspiracji. Albowiem jesteśmy chyba do niego trochę podobni. No, może nie aż do tego stopnia, żebyśmy zaraz byli kolaborantami, zdrajcami czy oszustami na wielką skalę, jak Zacheusz. Ale nasze życie i tak pozostawia wiele do życzenia. Zapewne sporo ludzkiej krzywdy mamy na swoim koncie. I na pewno nie jeden raz zboczyliśmy z uczciwej drogi. Zresztą nie chodzi o to, żeby się licytować z Zacheuszem w wykroczeniach; raczej skoncentrujmy uwagę, żeby go naśladować w nawróceniu.
Nawrócenie to zaczęło się od tego, że Zachceusz usłyszał o Jezusie: Ten, który głosił wspaniałe nauki, który nie wstydził się zasiadać z celnikami przy jednym stole, który cudownie uzdrawiał i miał u wszystkich autorytet i szacunek, miał dziś ponoć przechodzić przez Jerycho. Jak wspaniale byłoby Go zobaczyć! Może choć On jeden trochę by go zrozumiał, nie potępił.
Ale szanse na to Zachceusz miał nikłe. Bał się tłumu. Wszyscy nim gardzili i darzyli nienawiścią, a mieli za co. Przecież wysługiwał się okupantom, zdzierał pieniądze od swoich współziomków, by oddawać je obcym, zagarniając przy tym sporą dolę dla siebie. Był bez skrupułów, więc szybko zbił spory majątek. Ale co z tego, skoro nie mógł za niego kupić ludzkiego szacunku. A na dodatek jego niski wzrost stanowił doskoanły pretekst do drwin. Tu ludzie, gdy było ich więcej, mogli sobie na nim bezkarnie poużywać. Wobec tłumu Zacheusz był bezsilny. I dlatego go unikał.
Ale tym razem za wszelką cenę chciał zobaczyć Jezusa i postawił wszystko na jedną kartę. Po kryjomu wspiął się na drzewo, by zobaczyć Jezusa. Niestety, ludzie też go zobaczyli. Natychmiast wybuchł jeden gromki śmiech. Pokazywali go sobie palcami, głośno i złośliwie komentowali, chcąc także wciągnąć w to Jezusa. Oj, utrze On teraz nosa temu zdrajcy! Ale Jezus się nie dał. Nie uległ zbiorowej kpinie, nie pozwolił sobie narzucić cudzej opinii. Zamiast potępiających słów, odezwał się ciepło: Zacheuszu! Chciałbym wstąpić do ciebie. To jakby grom z jasnego nieba. Wszystkich poraziło. Do Zacheusza? Do tego sprzedawczyka? Chyba coś się Jezusowi pomyliło! A jednak nie. Tylko Jezus potrafił przełamać mur nienawiści i uprzedzeń wobec Zacheusza. Potrafił spojrzeć na niego inaczej i dostrzec coś, czego inni nie dostrzegali, czego nie widział także sam Zacheusz – pragnienia dobra i poprawy. W każdym z nas kryje się gdzieś to pragnienie, ale nieraz brakuje „katalizatora”, który by je uaktywnił. Takim katalizatorem jest ludzka akceptacja i zaufanie. To zmieniło Zacheusza o wiele skuteczniej niż wszystkie napomnienia, potępienia i groźby. Wreszcie ktoś mu zaufał! Więc nie jestem jeszcze przegrany, mogę zacząć inaczej!
I zaczął. Prawdopodobnie tego wieczora Zachceusz stracił cały swój majątek. Połowę rozdał, a po drugą połowę już stała długa kolejka pokrzywdzonych, chętnych powetować sobie dotychczasowe straty. Ale dla Zacheusza to się nie liczyło. Najważniejsze, że odzyskał szacunek do siebie samego. I że wreszcie została przełamana niechęć ludzi wobec niego. Wreszcie ktoś chciał go odwiedzić, odezwać się po ludzku. Za to warto zapłacić nawet wysoką cenę. A wszystko to za sprawą Jezusa, którego Zachceusz chciał tylko zobaczyć.
Czyż nie jest to jakieś wezwanie także i dla nas? Czy i nam nie przydałoby się takie wyzwalające spotkanie z Jezusem? Czy i w naszym życiu nie trzeba by czegoś zmienić? Jeśli tak, musimy zaryzykować i wspiąć się na jakieś drzewo. Jezus na pewno będzie tamtędy przechodził.
Ks. Mariusz Pohl

 

Bądź litościw mnie grzesznemu

 

Ta Ewangelia – o faryzeuszu i celniku w świątyni – bije chyba wszelkie rekordy duchowego oporu i sprzeciwu, wynikającego z naszych ludzkich nawyków w sposobie myślenia. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że dobre czyny są najważniejsze, że świadczą o wartości człowieka, że człowiek ma prawo do dumy ze swego szlachetnego życia i postępowania. Natomiast grzesznik, a przynajmniej jego grzechy, powinny być potępione i przykładnie ukarane. Tym bardziej jesteśmy pewni swego, że przecież pamiętamy, że Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za zło karze, a za dobro wynagradza.

Tymczasem w dzisiejszej Ewangelii następuje jakby odwrócenie wartości: to grzesznik znajduje uznanie u Boga, a porządny faryzeusz nie. Dołącza w ten sposób do grona gorliwych robotników w winnicy, do starszego brata syna marnotrawnego i wielu innych, którzy tak się starali, a jednak rację Bóg przyznał nie im, lecz tym gorszym. Czyżby więc zło popłacało bardziej niż dobro?

Na pewno nie! Zresztą w tej przypowieści Bóg wcale nie ocenia uczynków, lecz postawę na modlitwie, czyli postawę wobec Boga. Co nagannego było w tej postawie w przypadku faryzeusza, a za co został wywyższony celnik? Właśnie to, gdzie i w czym każdy z nich szukał racji i potwierdzenia swej wartości, w czym pokładał nadzieję.

Faryzeusz widział ją w sobie samym, w swoim nienagannym postępowaniu. Właściwie Bóg był mu do zbawienia niepotrzebny, chyba że jako świadek jego doskonałości: miał jedynie stwierdzić bezgrzeszność faryzeusza, zachwycić się jego pobożnością i wskazać mu należne miejsce w Królestwie niebieskim. Faryzeusz polegał na własnych zasługach, a nie na Bogu. A skoro tak, to uważał, że wszyscy żyjący poniżej jego poziomu, są godni pogardy. I dlatego nie chciał zaakceptować innych. Swoją drogą, ciekawe, czy zaakceptowałby ludzi jeszcze lepszych od siebie, czy też znalazłby jakiś pretekst, aby ich zdeklasyfikować.

Co innego celnik. On nie żywił żadnych złudzeń odnośnie swojej sytuacji. Na pewno wiedział, że była ona naganna i że na sprawiedliwym sądzie Bożym nie ma żadnych szans. Dlatego też nie liczył na sprawiedliwość, lecz wolał uciec się do miłosierdzia. Nie było w tym jednak wyrachowania ani premedytacji, za to dobra znajomość Boga. Celnik wiedział, że między nim, a Bogiem zawsze będzie istniała nieprzebyta przepaść, nieskończony dystans, którego sam nigdy nie pokona. I dlatego wolał tę sprawę pozostawić Bogu. Skoro on nie może dostać się do Boga, wobec tego niech Bóg sam weźmie go do siebie. I całą swoją uwagę i siły skupił na tej właśnie prośbie: bądź litościw mnie grzesznemu!

A Bóg lubi takie prośby, jeśli wyrastają z postawy autentyzmu, pokory i zaufania. I wcale nie musi to oznaczać, że teraz wolno już sobie spokojnie grzeszyć, byle tylko co jakiś czas pokornie okazać skruchę. Chodzi o to, żeby wiedzieć, w czym możemy upatrywać szansę zbawienia: w sobie, czy w Bogu. Do zbawienia nie wystarczy być tylko dobrym, choćby i najlepszym, człowiekiem. Kto ufa i stawia na siebie, otrzyma to, na co go stać, a wiemy, że w skali wieczności jest to niewiele. Kto postawi na Boga, może być pewien Jego miłosierdzia i dlatego powinien czuć się zobowiązany do przemiany swego życia, aby okazać wdzięczność i szacunek miłosiernemu Bogu.

Jak wiele wniosków powinniśmy stąd wyciągnąć dla siebie! Ile się nauczyć! Bowiem nie tyle ważne jest to, co my zrobimy dla Boga, ile to, co Bóg zrobi dla nas. I na to powinniśmy liczyć. A w modlitwie uznać, że sami nic nie możemy uczynić i że potrzebujemy Boga.

Ks. Mariusz Pohl

Czy znajdzie wiarę?

Dla uniknięcia nieporozumień Ewangelista Łukasz zadbał, aby wyraźnie określić temat i główne przesłanie Jezusowej przypowieści: wytrwała modlitwa. Warto wnikliwie wczytać się w ten tekst, by zrozumieć, co Chrystus naprawdę przez to rozumie i czego od nas oczekuje.

Bo nasze osobiste doświadczenia modlitwy są nieraz zniechęcające. Często modlimy się wytrwale i długo: o zdrowie, o wyzwolenie z uzależnienia, o poprawę swojej sytuacji materialnej, o zgodę w małżeństwie – i nic, żadnego efektu! Pan Bóg jest jakby głuchy, niebo pozostaje milczące, zamkniete, obce i dalekie. Iluż ludzi w takiej sytuacji zwątpiło w Bożą miłość, a nawet w istnienie Boga! Czyżby więc Chrystus nie chciał wywiązać się ze swej obietnicy? A może to my nie do końca rozumiemy istotę Bożego wezwania do modlitwy i nie potrafimy się modlić?

Najpierw zauważmy, co powinno być przedmiotem modlitwy – obrona przed jakimś przeciwnikiem. Nie jest on bliżej określony ani nazwany po imieniu, ale możemy się domyślać, że chodzi o obronę przed szatanem – ojcem kłamstwa, demonem zła. Jego dziełem jest grzech z wszelkimi jego konsekwencjami: śmiercią, cierpieniem, słabością ludzkiej natury, uległością wobec pokus, skłonnością do zła. Człowiek pozostawiony sam sobie, o własnych siłach, nie ma żadnych szans w walce z szatanem i grzechem. Dlatego potrzebuje opieki i obrony ze strony Tego, który potrafi zwyciężyć zło – Boga.

Od strony pozytywnej chodzi oczywiście o zbawienie. I to powinien być główny przedmiot naszej modlitwy i dążeń. Zbawienie nie leży w zasięgu naszych naturalnych możliwości, możemy je jedynie otrzymać w darze od Boga. Aby ten dar przyjąć, potrzebna jest postawa pokory, czyli uznania swojej niesamowystarczalności i bezsilności wobec zła, oraz zaufania, czyli bezwarunkowego, dobrowolnego oddania się w ręce Boga. Takiej prośbie i postawie Bóg nigdy się nie opiera, lecz gwarantuje wywiązanie się ze swoich zobowiązań i obietnic. Oferuje więc swoją pomoc wszystkim, ale skutecznie wykorzystaja ją tylko ci, którzy zechcą ją przyjąć przez wiarę.

I tu chyba mamy przyczynę, dlaczego tak wiele modlitw nie przynosi rezultatów. Po pierwsze, prosimy o rzeczy drugo- i trzeciorzędne, co stanowi swego rodzaju lekceważenie Boga. Jeśli bowiem Bóg chce dać nam w darze samego siebie – co jest równoznaczne ze zbawieniem, to nie wypada prosić Go o drobiazgi, nawet jeśli wydają się nam ważne. Oczywiście, przyjdzie także czas na rozwiązanie tych drobiazgów: kto wejdzie na drogę zbawienia, na pewno zmieni swój styl życia, dostosowując go do wymogów Ewangelii, a wtedy problemy rozwiążą się same.

Po drugie: w naszym życiu brakuje nam postawy wiary, czyli żywej, osobistej więzi z Bogiem. Polega ona między innymi na tym, że znając osobiście Boga, umiemy także rozpoznać Jego wolę i chcemy się do niej dostosować. Wtedy nasze cele życiowe i modlitwy są zgodne z zamysłem Bożym, pozwalają nam wytrwale podążać drogą zbawienia.

Ale to wszystko pod warunkiem wiary. Jeśli jej zabraknie, nasz stosunek do Boga będzie podporządkowany różnym przyziemnym interesom. Za ich cenę możemy utracić zbawienie, życie wieczne. Tym właśnie niepokoi się Chrystus: czy znajdzie wiarę, to znaczy, czy będziemy gotowi ufać Mu w każdej sytuacji, ufać aż do śmierci i poza śmierć. Bez wiary nie otrzymamy życia wiecznego, nawet gdybyśmy zdobyli wszystkie skarby świata.

Ks. Mariusz Pohl

„Gdzie jest dziewięciu?”

Dziesięciu zostało uzdrowionych, a podziękować przyszedł tylko jeden, i to Samarytanin. Jezus dziwi się niewdzięczności pozostałych. Wykorzystuje to wydarzenie dla pouczenia uczniów i przygodnych słuchaczy o potrzebie okazywania wdzięczności. Ona świadczy o duchowej kulturze człowieka i o otwarciu jego serca na nowe dary.

 

Niewielu świadomie uczy się okazywania wdzięczności Bogu. Tymczasem jest to umiejętność nieodzownie potrzebna na drodze doskonalenia życia religijnego. Pan Bóg pragnie, by człowiek nie tylko odkrywał wielkość otrzymanych od Niego darów, lecz również Jego dobroć i miłość, która objawia się przez udzielanie tych darów. Z tym, że to drugie odkrycie jest znacznie ważniejsze niż pierwsze.

 

Jeśli dziecko otrzymuje od mamy pięknego pluszowego misia i ucieka z nim do swego pokoju, by się bawić, to widzi tylko dar — misia. Jeśli natomiast sadza misia na tapczanie, a samo rzuca się na szyję mamusi, by jej podziękować za to, co otrzymało, widzi nie tylko dar, lecz dobroć i miłość serca matki. Ten skarb jest dla niego ważniejszy niż miś. Matka zaś cieszy się wrażliwością dziecka, dostrzega, jak przez ten dar ich wzajemna miłość jeszcze bardziej się umacnia i gotowa jest w krótkim czasie przygotować dla dziecka nową niespodziankę.

 

Podobnie jest z wdzięcznością okazywaną Panu Bogu. Jej objawienie jest potrzebne nam. Ten, kto umie dziękować, zbliża się do Boga i umacnia łączące go z Nim więzy. W życiu religijnym, gdzie chodzi o rozwój miłości Boga, wdzięczność stanowi podstawowy element. Bez niej o wędrowaniu ewangeliczną drogą nie ma mowy.

 

Rozumieli to doskonale pierwsi chrześcijanie, którzy liturgię świętej Ofiary nazywali „Dziękczynieniem” (greckie słowo „Eucharystia”). Oni wędrowali do ołtarza, by brać udział w dziękczynieniu, by spotkać się ze wspólnotą znającą wartość dziękczynienia. Jakże radosna atmosfera panuje wśród ludzi żyjących dziękczynieniem. Ile wśród nich pokoju i szczęścia. Chrześcijanie pierwszych pokoleń zdumiewali świat swoim optymizmem, a źródeł tego należy szukać w opanowaniu przez nich sztuki dziękczynienia.

 

Dziś ludzie nauczyli się narzekania i nawet wspólnoty chrześcijan, gdyby im przy ołtarzu pozwolono mówić to, co myślą, to zamiast pieśni dziękczynnych śpiewaliby pieśń narzekania i biadolenia. Z obfitości serca usta mówią. Narzekanie jest bardzo zaraźliwe i nie wymaga wielkiego trudu, by je opanować w stopniu doskonałym. Dziękczynienie jest trudniejsze, ale za to bardzo twórcze. Narzekanie niszczy ducha, dziękczynienie go ubogaca.

 

Sztuki dziękczynienia trzeba się uczyć. W ciągu jednego dnia istnieją dziesiątki sytuacji, w których winno paść słowo „dziękuję”. Nie bójmy się tego słowa przekazać, zwłaszcza swoim najbliższym. Czasem można przebywać w rodzinie przez tydzień i nie usłyszeć ani razu słowa „dziękuję”. Znak, że rodzina składa się z ludzi nie znających wartości wdzięczności, ale wtedy atmosfera w domu jest z reguły ciężka, pochmurna, szara. Brakuje czegoś, co wyzwala energię dobroci w sercach ludzi.

 

To małe słowo „dziękuję” wypowiedziane sercem do żony, która podaje wyprasowaną koszulę, do męża, który naprawił kontakt, do dziecka, które przyniosło ze sklepu masło, do matki, gdy nalała na talerzyk zupy, wyzwala z serc dobroć. Ten, komu podziękowano, widząc, że inni dostrzegają jego trud i pracę, jest gotów czynić jeszcze więcej dobra. Ale i odwrotnie, ten, kto umie dziękować, nie poprzestaje tylko na słowach, lecz stara się swoją dobrocią odwzajemnić dobroć mu okazaną.

 

Już ewangeliczna proporcja jeden do dziewięciu — mówi o tym, że niewielu ludzi w czasach Jezusa umiało dziękować. Nie należy się zatem dziwić, że dziś ta proporcja wygląda podobnie. W programach szkolnych ani katechetycznych nie wprowadzono systematycznej pracy, by uczyć wdzięczności. Uczą się tej sztuki jedynie ci, którzy szukają wielkich wartości. Ci nie zatrzymują oczu na darach, jakie mają w ręku, lecz cenią to, co otwiera serca i łączy je ze sobą. Wiedzą, że dla ich dobra nie wystarczy dostrzegać darów, lecz trzeba dostrzec ich dawcę.

Spróbujmy w najbliższym tygodniu przynajmniej kilka razy podziękować ludziom za gest ich dobroci, a wieczorem Panu Bogu za ogrom otrzymanych od Niego darów.

 

Ks. Edward Staniek

 

nowenna pompejańska

„Przymnóż nam wiary”

Kiedy Apostołowie prosili Chrystusa: „Przymnóż nam wiary”, to prawdopodobnie nie wiedzieli, o co prosili. I to chyba chciał im uświadomić Jezus – jak wielką moc mogą otrzymać do swej dyspozycji. Oczywiście, siła ta w żadnym wypadku nie powinna służyć popisywaniu się sztuczkami typu: „Morwo, przesadź się w morze”. Chrystus to nie David Coperfield: nie chce nas zabawiać, lecz zbawiać. I tak samo Kościół: nie jest instytucją rozrywkową ani magiczną pałeczką, lecz środowiskiem życia duchowego i drogą do Boga

W tym życiu i drodze, czynnikiem najważniejszym jest właśnie wiara. To dzięki niej możemy przebyć dystans nieporównanie większy i bardziej nieprawdopodobny, niż z parku na środek morza. Albowiem przepaści między doczesnością, a wiecznością nie da się pokonać w żaden dostępny człowiekowi sposób. Tylko Bóg może nas tam przenieść. O tym cudzie myślał Jezus, ale by się on urzeczywistnił, trzeba wiary o wiele większej niż ziarnko gorczycy. I to wiary właściwie rozumianej.

Zauważmy, że Jezus nawet u Apostołów nie znalazł takiej wiary. Chociaż przebywali oni z Nim na stałe, słuchali Jego nauk, byli świadkami Jego cudów – nie wystarczyło to jednak nawet na jedno ziarenko wiary. W porównaniu z nimi, my bylibyśmy zupełnie bez szans. A więc widocznie nie o taką wiarę chodzi, bo nikogo nie byłoby na nią stać. Nie ma być ona naturalnym osiągnięciem czy zasługą człowieka, lecz darem Bożym. Dopiero po Zesłaniu Ducha Świętego stała się ona udziałem Apostołów.

I na takiej samej zasadzie może być naszym udziałem. Bóg daje ją każdemu, kto chce. Ale trzeba wyraźnie Bogu okazać swoją wolę przyjęcia daru wiary. Po prostu, człowiek musi zadecydować, że chce wiary, że potrzebuje Boga i Jego daru. Pierwszy impuls pochodzi zawsze od Boga i jest udziałem każdego, komu tylko przyjdzie do głowy choćby cień myśli o Bogu. Decydujące znaczenie ma wtedynasza reakcja: jeśli odpowiemy pozytywnie, rozpocznie się proces przymnażania wiary; jeśli człowiek swoją decyzją odrzuci Boży dar, wtedy łaska wiary zmarnuje się, jak ziarno, które pada na skałę.

I dlatego człowiek ponosi odpowiedzialność za to, co zrobi z darem wiary: wykorzysta go czy zmarnuje. Jeśli wykorzysta, i to pierwsze ziarenko wiary zakorzeni się w jego sercu, rozpoczyna się proces ugruntowania i wzrostu wiary. W procesie tym najważniejsza jest modlitwa. I to w różnorakim znaczeniu: jako czytanie, rozważanie i studiowanie Słowa Bożego, jako osobista rozmowa z Bogiem, trwanie we wspólnocie modlitwy czyli uczestnictwo w zgromadzeniu eucharystycznym, ufne przedstawianie Mu swoich potrzeb, szczególnie w zakresie dóbr nadprzyrodzonych.

Wejście na tę drogę pomnażania wiary jest obowiązkiem każdego wierzącego. W przeciwnym razie wiara – pozbawiona wzrostu i rozwoju – staje się martwa. Niestety, wielu chrześcijan trwa w stagnacji, poprzestając w zasadzie tylko na chrzcie i formalnych, pobożnościowych gestach. W dodatku wydaje się im, że to bardzo dużo, że i tak robią Panu Bogu wielką łaskę, że Bóg ani Kościół nie mają prawa wymagać niczego więcej, tylko cieszyć się z tego, co jest.

A może i my należymy do ich liczby? Może i nam wydaje się, że to Pan Bóg powinien biegać koło nas i dostosować się do naszych życzeń i rozmaitych „ale”, że to my możemy dyktować warunki, a Pan Bóg ma je spełnić, jeśli Mu na nas zależy? Warto się zastanowić, kto w naszym życiu jest ważniejszy: moje „ja” czy Bóg? Od tego zależy wszystko.

Ks. Mariusz Pohl

"Betania" w Rabce

Dom Rekolekcyjno- Wypoczynkowy Diecezji Kielceckiej uroczym miejscem wypoczynku w Rabce.

betania

Copyright © 2017. MAKS Rights Reserved.