• 1 Jan Paweł II
    "Miłosierdzie Boże winien Kościół wyznawać i głosić je w całej prawdzie tego, co mówi nam o nim Objawienie. W codziennym życiu Kościoła rozbrzmiewa jakby nieustające echo tej wyrażonej w Biblii prawdy o miłosierdziu Boga poprzez liczne czytania świętej liturgii."
  • 2 św. Maksymilian Maria Kolbe
    Możemy wybudować wiele kościołów. Ale jeśli nie będziemy mieli własnych mediów, te kościoły będą puste".
  • 3 św. Faustyna Kowalska
    "Powiedz, że miłosierdzie jest największym przymiotem Boga. Wszystkie dzieła rąk moich są ukoronowane miłosierdziem."
  • 4 bł. Ks. Jerzy Popiełuszko
    "Ma­my wy­powiadać prawdę, gdy in­ni mil­czą. Wy­rażać miłość i sza­cunek, gdy in­ni sieją niena­wiść. Za­mil­knąć, gdy in­ni mówią. Mod­lić się, gdy in­ni przek­li­nają. Pomóc, gdy in­ni nie chcą te­go czy­nić. Prze­baczyć, gdy in­ni nie pot­ra­fią. Cie­szyć się życiem, gdy in­ni je lekceważą."
  • 5 Ojciec św. Franciszek
    "Bóg jest dla nas bardzo miłosierny. My również uczmy się być miłosierni dla innych, szczególnie tych, którzy cierpią."

Rozważania

"Otrzymałeś swoje dobra...”

Pierwszy wniosek, jaki zwykło się wyciągać z tej Ewangelii jest taki, że biedni pójdą do nieba, a bogaci do piekła. Jest to bardzo wygodny sposób tłumaczenia sobie niesprawiedliwości społecznej: co prawda teraz mam źle, ale po śmierci będę miał dobrze. Człowiek czuje się zwolniony od wysiłku i dowartościowany nadzieją szczęśliwej przyszości. A jeśli dojdzie do tego wizja kary dla bogatych – to już nawet teraz czuje się zupełnie szczęśliwy. Przypowieść ta może więc działać jako swoiste opium, uśmierzające ból egzystencji w nędzy.

Czy jednak można posądzać Jezusa o tak niskie pobudki? Na pewno nie to miał na myśli. Badania biblijne wykazują, że Jezus zaczerpnął jedynie pewien znany ówcześnie motyw fabularny, aby tchnąć w niego nową treść i znaczenie. Idea tu zawarta przewija się przez całe nauczanie Jezusa i polega głównie na tym, że dobra materialne nie mogą być wartością absolutną, nie mogą zastąpić Boga. Powinny także być używane zgodnie z pewnymi etycznymi zasadami, czyli podporządkowane Bogu. Nigdzie w Ewangelii nie są potępione bogactwa same w sobie, a jedynie niewłaściwe ich użytkowanie przez bogaczy. Nie jest też gloryfikowana nędza, jako taka, lecz ubóstwo w duchu, albo lepiej – duch ubóstwa.

Na czym więc polega wina bogaczy? Na grzechu pychy i zbytniej pewności siebie, która rodzi się wtedy, gdy człowiek lokuje swoje nadzieje w materialnym dostatku. To właśnie bogactwa stają się dla bogacza gwarancją dobrego samopoczucia, źródłem sensu życia, ostatecznym celem wszelkich zabiegów i centrum uwagi. Bogactwo potrafi człowieka zagarnąć w niewolę, wydając na łup chciwości i nieopanowanego pomnażania dóbr. Potrafi oślepić, zamieniając w egostę, zapatrzonego tylko w swoją własność. Potrafi oszukać, obiecując spełnienie wszelkich zachcianek, ale za cenę rezygnacji z miłości i wieczności. Bogacz redukuje swoje aspiracje, pragnienia, poczucie własnej wartości i godności, tylko do zawartości swojego konta bankowego. Bóg, zbawienie, człowieczeństwo, miłość, głębia osobowości, nie mówiąc już o bezinteresowności czy poczuciu wdzięczności – dla bogacza nie istnieją. Dla bogacza bogiem jest pieniądz, celem życia – jego pomnażanie, a namiastką zbawienia – posiadanie.

Żebrak natomiast nie ma nic, poza chorobą i udręką. Oczywiście, nie jest to jeszcze żadna zasługa ani wartość godna zalecenia. Dopiero duch ubóstwa, czyli wewnętrzna wolność od żądzy posiadania, jest cnotą. Ewangelia nie mówi, że Łazarz taki był, ale jeśli został zbawiony, to dlatego, że po śmierci osiągnął to, na co przez całe życie był zdany: miłosierdzie i łaskę. On musiał pragnąć Boga, bo na nic innego nie mógł liczyć. Musiał wierzyć i ufać, bo bez tego jego życie nie miałoby żadnego sensu. Na tym polega duch ubóstwa i szczęśliwy człowiek, który nabywa go nie pod przymusem, gdy nic nie posiada, ale i wtedy, gdy mu się dobrze wiedzie.

Tak więc pośmiertny los obu bohaterów nie jest jakąś zemstą czy arbitralną karą Bożą, lecz naturalną konsekwencją stylu i kierunku życia: kto inwestował w doczesność i materialność, musi się zadowolić tym, co one oferują, a więc tymczasowością, ograniczonością, śmiertelnością; kto nie mógł polegać na sobie i swym stanie posiadania, nauczył się polegać na Bogu – i nie zawiódł się.

Pozostaje jeszcze kwestia wyboru i odpowiedzialności. Sumienie, prawo moralne, życiowe doświadczenie, nawet mądrość literatury, jednoznacznie pouczają nas o konsekwencjach pychy, ułudzie bogactwa i nieuchronności śmierci. Nikt więc nie może tłumaczyć się niewiedzą. I jeśli ktoś tej przestrogi nie przyjmie, może mieć pretensje tylko do siebie. I do swojej głupoty, która zazwyczaj podąża tuż za bogactwem. Może więc warto cześć dóbr zainwestować w nabycie mądrości?

Ks. Mariusz Pohl

„... nie może być moim uczniem”

 

Ciekawe, że to, co w dziedzinie ekonomii – także tej praktycznej, „domowej”- jest dla nas zupełnie oczywiste, w dziedzinie duchowej, moralnej czy religijnej, sprawia nam wiele trudności. Chodzi mianowicie o planowanie. Podejmując jakąkolwiek inwestycję, nową pracę, wydatek, zadanie do wykonania czy zwykłe zakupy, wiele czasu poświęcamy na przemyślenie, kalkulację i żmudne obliczenia: starczy czy nie starczy, opłaci się czy nie? Po prostu, zmusza nas do tego samo życie.

Dlaczego roztropność i planowanie ograniczamy zazwyczaj jedynie do sfery finansowej, i to chyba tylko pod presją strachu, czy przypadkiem nie stracimy? O ileż sensowniejsze i skuteczniejsze byłoby nasze życie i działanie, gdybyśmy poświęcili trochę czasu i wysiłku na zastanowienie się nad przyszłością i celami! Już choćby z tych względów warto kupić sobie kalendarzyk lub notesik, w którym z pewnym wyprzedzeniem zapiszemy sobie, co i kiedy trzeba zrobić. Inwestycja w myślenie i planowanie jest najtańszą i zarazem najbardziej opłacalną inwestycją, jaką można sobie wyobrazić. Chwila pracy głową i ołówkiem w ręku jest niekiedy tyle samo warta, co tysiące godzin ciężkiej harówki, jeśli potrafimy wyeliminować zbędny wysiłek lub wymyślić sposób, który usprawni produkcję.

Dotyczy to nie tylko racjonalizacji i usprawnień w pracy, ale także jakości całego życia. Życie celowo ukierunkowane, zaplanowane i kontrolowane, pozwala człowiekowi osiągnąć duchowy i moralny postęp, który w przypadku improwizacji i bałaganu byłby niemożliwy. Postęp ten jest także bardzo opłacalny: człowiek zorganizowany wydajniej pracuje, więcej zarabia, ma więcej czasu i lepsze efekty.

Ale Chrystus chce nas pouczyć nie tylko o prawach ekonomii, lecz także – i przede wszystkim – Królestwa Bożego. Jeśli chcemy mieć na tym polu jakieś efekty, musimy sobie zaplanować jedną podstawową inwestycję, bez której niczego nie uda się nam osiągnąć. A mianowicie musimy zdecydować się wszystko postawić na Chrystusa, całkowicie zawierzyć i podporządkować Mu siebie, swoje życie, majątek, pragnienia. To jest fundament, na którym dopiero możemy budować wszystko inne.

Właśnie dlatego Chrystus każe nam zastanowić się, czy miłość do Boga jest silniejsza od miłości rodzinnej, od przywiązania do siebie samego, swoich upodobań i pragnień. Każe nam obliczyć i przemyśleć sobie, czy będzie nas stać na wzięcie krzyża, czyli podjęcie zadań, które mogą się okazać sporym ciężarem i będą wymagały dużego samozaparcia, wysiłku, rezygnacji z przyjemności i wygody. Trud ten przekracza naturalne możliwości człowieka i bez wiary jest niewykonalny.

Bez wiary tzw. pójście za Chrystusem, które my nazywamy dzisiaj „byciem katolikiem”, jest próżne i daremne, nie przynosi żadnych owoców, lecz staje się powodem zgorzknienia i narzekań. Co gorsza, ludzie, którzy idą za Chrystusem bez odpowiedniego „wyposażenia” czy wymaganych kwalifikacji, dają fałszywe świadectwo: podając się za katolików – zwykle bardzo głośno i z tupetem – swoim postępowaniem zniechęcają innych do przyjęcia nauki Chrystusa.

Być może, nie brzmi to zachęcająco, a wymagania dzisiejszej Ewangelii napawają nas lękiem. Ale nie o to chodziło Chrystusowi, by nas zniechęcić, lecz by nas zmobilizować do poważnego potraktowania swojej wiary i wynikających z niej konsekwencji. Kalkulacje ekonomiczne przeprowadza się bowiem nie po to, by zaniechać wszelkiej działalności, lecz by przystąpić do niej z gwarancją sukcesu. Podobnie i Chrystus: chce nam dopomóc, byśmy w życiu wiary osiągnęli radość, satysfakcję i cel, a nie zgorzknienie i poczucie strat oraz porażki. A warunkiem sukcesu chrześcijanina jest wiara, czyli pełne przylgnięcie do Chrystusa i Jego krzyża. Bez ufnej wiary chrześcijaństwo nie ma sensu.

Ks. Mariusz Pohl

„Przyjacielu, przesiądź się wyżej”

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że w dzisiejszej Ewangelii Chrystus daje nam pewną towarzyską poradę z zakresu savoir vivre’u, i to poradę dosyć dwuznaczną: jak przy pomocy cwanego chwytu osiągnąć prestiżową korzyść. Oczywiście, domyślamy się, że nie o to Chrystusowi chodziło! Wręcz przeciwnie, jest to lekcja pokory.

Pojęcie pokory jest nam chyba dość obce i nieznane. Często uważamy, że pokora polega na tym, że nie wolno być z siebie zadowolonym ani też bronić swojego zdania, że trzeba zawsze robić krok do tyłu z uniżonym ukłonem i pozwalać sobie skakać po głowie, a na dodatek „dwie matki ssać”. Oczywiście, to tylko karykatura pokory, tak jak karykaturą pychy jest przekonanie, że polega ona na zadzieraniu nosa.

W istocie pokora i pycha to postawa i zajęcie stanowiska człowieka względem Boga. Pokora polega na oddaniu pierwszeństwa Bogu, a pycha na zajęciu pierwszego miejsca dla siebie. Człowiek pyszny uważa, że nie potrzebuje Boga, że sam potrafi stanowić o sobie i sam decydować, co jest dla niego dobre, a co złe. Uważa też, że zbawienie jest jego osobistym osiągnięciem i zasługą, że zbawia się sam, dzięki swemu postępowaniu. Wynika z tego, że Bóg jest w zasadzie niepotrzebny, że jest jakby arbitrem albo kibicem, który jedynie przypatruje się z boku, jak nam idzie.

Człowiek pokorny natomiast zdaje sobie sprawę, że sam nic nie może, że zbawienie jest darem darmo danym przez Boga, i tylko przez Boga. Nie przypisuje sobie żadnej zasługi, nie rości sobie żadnych pretensji ani praw, bo wie, że miłość i miłosierdzie Boga są o wiele lepszą gwarancją zbawienia, niż własne zasługi, zabiegi i żądania. Dlatego też siebie samego, swoje życie i zbawienie, z zaufaniem powierza Bogu. A ponieważ dzięki wierze ma pewność zbawienia, wie już, ile zawdzięcza Bogu. Więc potrafi być wdzięczny, potrafi Boga uwielbiać, próbuje Go naśladować i żyć na co dzień Jego słowem i wolą, jak powszednim pokarmem. Na tym polega prawdziwa pokora.

Jej ilustracją są dalsze słowa Jezusa: Chcesz wyprawić przyjęcie? Nie zapraszaj tych, którzy potrafią sobie sami dobrze radzić i w życiu nie zginą. Zaproś tych, którzy sami nic nie mogą, nie mają możliwości, nie potrafią ci się odwdzięczyć, nie potrafią sobie „załatwić”. Będziesz wtedy podobny do Boga, który potrafi darmo i wielkodusznie dawać, nie dlatego, że liczy na rewanż czy własny interes, ale dlatego że jest miłosierny dla pokornych.

Właśnie taka jest metoda Pana Boga i ekonomia zbawienia: jeśli Mi zaufasz i okażesz pokorę, możesz otrzymać wszystko, co chcesz, a nawet więcej, niż potrafisz sobie wyobrazić. Jeśli natomiast spróbujesz obyć się beze Mnie i zechcesz sam zdobywać sobie życie wieczne, będziesz podobny do owego zarozumiałego faryzeusza, który ze wstydem musiał ustąpić pierwszego miejsca, które samowolnie sobie zajął.

Być może trochę się nam to nie podoba. Bardziej przypada nam do gustu mit o Prometeuszu, który zbuntował się przeciwko bogom i wykradł im ogień życia. Jednakże Bóg chrześcijan, Bóg objawiony w Jezusie Chrystusie, jest Bogiem miłości, a nie zazdrosnym o swoje wpływy tyranem. Nie chce nikogo upokarzać, lecz uszczęśliwić. Ale musimy Mu to umożliwić – bez naszej zgody i współpracy, bez gotowości i pragnienia przyjęcia daru zbawienia, dar ten będzie się tylko marnował. A my pozostaniemy na lodzie, sami ze sobą i swoją pychą.

Ks. Mariusz Pohl

„...a ty idź i głoś królestwo Boże”

„Jezus musiał mieć zaiste anielską sierpliwość, żeby wciąż na nowo tłumaczyć i korygować postawy Apostołów, uczniów i tłumów. Jego słowa i nauczanie były bowiem różnie rozumiane i interpretowane przez ludzi, często zupełnie na opak. Dzisiejsza Ewangelia przedstawia nam właśnie kilka takich „niezrozumień” i sprostowania Jezusa.

Największy kłopot był z Apostołami, i to tymi najlepszymi: Jakubem i Janem. Byli oni bardzo gorliwi, ale ich gorliwość nie była przemieniona i poddana Duchowi Świętemu. Była ona ciągle pozostałością „poprzedniego systemu” czyli prawu starotestamentalnemu. Prawo to było bardzo niedoskonałe w poszczególnych przepisach, ale jeśli zabrakło mu ducha miłości, stawało się wręcz okrutne. Jezus przyszedł, żeby tego właściwego ducha przywrócić i w ten sposób wypełnić prawo właściwą treścią, zamierzoną od wieków przez Boga, ale zapoznaną przez ludzi. Jakoś trudno przychodziło Żydom pamiętać o dwóch najważniejszych przykazaniach miłości, za to lubowali się w stosowaniu prawa zemsty, potępienia, ekskomuniki, segregacji religijnej, przepisów szabatnich itp.

Apostołowie też nie byli od tego wolni. I dlatego ich pierwszą reakcją na nieżyczliwość Samarytan, było pragnienie zemsty, wyrażone w okrutnym przekleństwie. Nie potrafili jeszcze zrozumieć, że pojednanie, zgodę i wzajemne zrozumienie, można osiągnąć tylko przez przebaczenie, łagodność, cierpliwą miłość i okazanie dobroci. Taką metodę stosował Jezus, ale musiało upłynąć jeszcze dużo czasu, zanim przekonali się do niej i nauczyli praktykować Jego uczniowie. A my dzisiaj?

Druga lekcja była równie trudna do zrozumienia: Jezus nie wyznacza nam tu na ziemi żadnego miejsca ani celu, na którym moglibyśmy ze spokojem poprzestać. Jego życie i życie Jego uczniów jest ciągłą, nieustającą pielgrzymką do Boga, szukaniem i wypełnianiem Jego woli. Jej cel jest poza tym światem i dlatego nie można liczyć, że już tu, w tym życiu, chrześcijanin zaspokoi wszystkie swoje potrzeby i aspiracje. Nie, ostateczne spełnienie dokona się dopiero w Bogu, w wieczności. I jeśli zabraknie nam teraz ducha wiary, jeśli skupimy się tylko na tym życiu i jego powabach, to zawsze pozostanie w nas niedosyt i zawiedzione nadzieje. Bo tu, na ziemi, Jezus niczego pewnego nam nie obiecuje.

To wcale nie znaczy, że mamy sobie lekceważyć doczesność. Nie, jest ona dziełem Bożym, obrazem Jego potęgi i cennym darem dla człowieka. Ale nie można wyżej stawiać daru i stworzenia niż Stwórcę, nie można rezygnować z praw i zasad, jakie Bóg daje nam razem ze stworzeniem. Dopiero w Bogu pragnienie i podziw dla piękna i dobra świata, zyskuje właściwą harmonię, która pozwala zapanować nad niszczącą pychą i niepohamowaną żądzą władzy nad światem.

A zaczyna się zazwyczaj niewinnie: że człowiek pragnie mieć tu na ziemi jakąś całkowicie autonomiczną i wyłączoną spod wpływu Boga własność, jakieś miejsce, które byłoby wyłącznie jego własne, zamknięte dla Boga. Potem miejsce to powiększa się i zagarnia coraz to nowe dziedziny życia, aż człowiek staje się panem samego siebie i całego świata – już bez Boga. Dlatego Jezus nie chce mieć nic.

Wezwanie do rezygnacji z pożegnań i pogrzebu, jest szokującym sposobem na przedstawienie różnicy między tym światem, jego zwyczajami i celami, a Królestwem Bożym. Jeśli chcemy żyć dla Boga, musimy odrzucić to wszystko, co Bogu się sprzeciwia i przeszkadza, i zacząć się kierować miłością. A kto kieruje się miłością, nie będzie miał problemu ani z rodzinnymi zobowiązaniami, ani z dobrymi manierami.

Ks. Mariusz Pohl

Przynieść Bogu zmarnowane życie

Łatwo jest wybierać się do Boga człowiekowi, któremu udało się zachować czyste sumienie, nabyć cnoty, udoskonalić ducha, dokonać wielu dzieł i z grubą księgą dobrych uczynków stanąć przed Ojcem, jako dobre i kochające dziecko, dumne z Ojca i dumne z siebie. Wielu ludzi sądzi, że jest to podstawowy warunek spotkania z Ojcem. Jeśli ktoś nie jest dobrym dzieckiem, to nie ma się co pokazywać na progu ojcowskiego domu. Gdyby nawet to uczynił, drzwi znajdzie zamknięte, a jeśli zapuka, Ojciec mu odpowie: „Nie znam cię”.

Czytaj więcej: Przynieść Bogu zmarnowane życie

W świecie Bożej tajemnicy

Ktokolwiek wchodzi w świat tajemnicy wiary, musi być przygotowany na dwa zupełnie różne przeżycia tych tajemnic. Pierwsze z nich można porównać do wejścia w warstwę mgły osłaniającej wszystko. Nawet najpiękniejszy krajobraz otulony mgłą jest niedostępny dla oka. Mimo że realnie istnieje, nie można go poznać. Gęste mleko mgły zasłania wszystko, nawet uśmiech twarzy towarzysza drogi, a co dopiero piękno okolicy.

Czytaj więcej: W świecie Bożej tajemnicy

Duch Prawdy

Nie lubimy prawdy. Najczęściej się jej obawiamy. Wolimy żyć w złudzeniach. Prawda wydaje się przemawiać przeciw nam. Nie lubimy słuchać prawdy z ust lekarza, który odkrywa groźną chorobę w naszym organizmie, nie lubimy słuchać prawdy z ust osoby bliskiej, która ma do nas pretensje o złe postępowanie. Nie lubimy przyjaciół, którzy mają odwagę powiedzieć nam prawdę w oczy. Dlatego też nie lubimy spotkania z Bogiem — bo wiadomo, że On mówi tylko prawdę i czeka na nasze słowa prawdy.

Żyjemy w świecie zakłamania. Przyzwyczailiśmy się do tego, dobrze nam, gdy okłamujemy innych i gdy inni nie mówią nam prawdy. Chrystus powiedział Apostołom: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. Niewielu chrześcijan odkrywa wyzwalającą moc prawdy, niewielu też doświadcza zawartej w niej radości. Znajomość prawdy i jej umiłowanie stanowi o mocy i wolności człowieka.

Odkrycie bogactwa Uroczystości Zesłania Ducha Świętego łączy się ściśle z dostrzeżeniem potęgi i wartości umiłowania prawdy. Duch Święty to Duch Prawdy. Istnieje zatem ścisła zależność między świętością a prawdą. Święty to człowiek żyjący prawdą, kochający prawdę, świadczący o prawdzie.

Jezus wiedział, że wierność prawdzie przerasta możliwości człowieka. W świecie kompromisów i kłamstwa dochowanie wierności prawdzie graniczy z heroizmem. Stąd też postanowił swoim uczniom zesłać pierwszy dar — Ducha Prawdy — aby już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i zmartwychwstał. W oparciu o tego Ducha Prawdy człowiek może dawać świadectwo swojej wiary.

Sam Jezus w rozmowie z Piłatem wyznał: „Jam się na to narodził i po to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha głosu mego”. Wskazał tym samym na ten zakres fal, na którym zawsze można nawiązać z Nim kontakt. Jest to fala umiłowania prawdy. On na tej fali przemawia. Na niej można Go słuchać. Duch Święty to właśnie owa fala Bożej Prawdy docierająca do każdego, kto jest z prawdy, kto chce jej słuchać.

Wspominamy historyczne wydarzenie, jakie miało miejsce w Jerozolimie w kilka tygodni po zmartwychwstaniu Jezusa. Ale nie jest to jedynie wspomnienie, możemy dziś zostać napełnieni Duchem Prawdy. On jest w Kościele i działa. Jezus przyszedł na ziemię i wstąpił do nieba. Duch Prawdy zstąpił na ziemię i nie opuści jej, aż do skończenia świata. Jest i działa w Kościele i przez Kościół. To jest tajemnica obecności Boga, która pozwala ludziom poznać i umiłować prawdę.

Nie musimy mówić o świętości, wystarczy mówić o umiłowaniu i wierności prawdzie, nie trzeba mówić o wolności — wystarczy ukochać prawdę, a ona sama nas wyzwoli. Człowiek poznający prawdę o sobie, o świecie, o Bogu odnajduje swoje miejsce w otaczającej go rzeczywistości. Świętość zaś i wolność polega na zajęciu tego miejsca, jakie nam Bóg wyznaczył.

Umiłowanie prawdy nie tylko łączy z Bogiem, lecz łączy ludzi między sobą. Ci, którzy żyją w duchu prawdy, spotykają się na płaszczyźnie autentycznej przyjaźni. Każde kłamstwo oddziela od innych, prawda jednoczy i staje się mocą wspólnoty.

Pochylmy głowy i otwórzmy serca na działanie Ducha Prawdy, który przybywa, by nas uświęcić i doprowadzić do pełni wolności.

Ks. Edward Staniek
--

W drodze do wolności

Gdybyśmy lepiej rozumieli tajemnicę dzisiejszej uroczystości, kościoły byłyby pełne. Ich pustka to znak małej wiary odnośnie tajemnic naszej wiary. Niewielu dziś przychodzi do świątyni, aby podziękować Bogu za otwartą drogę do świata prawdziwej wolności. Dzisiejsza uroczystość mówi nam o tej wartości, której wszyscy szukają, a znaleźć nie mogą, mówi o prawdziwej wolności.

Kiedy uważnie obserwujemy nasze życie doczesne, okazuje się, że jesteśmy bardzo ograniczeni i zniewoleni. Ograniczeni swoimi siłami, talentami, ilością pieniędzy w kieszeni, układami politycznymi, gospodarczymi, społecznymi, na które nie mamy większego wpływu. Ograniczeni dziurą ozonową, zatrutym powietrzem, wodą. Ograniczeni ilością przeżytych lat. Już nie wspomnę o chorobach i kalectwach. A jednak w sercu człowieka jest wielka tęsknota do pełnej wolności. I oto dzisiejsza uroczystość mówi nam o świecie pełnej wolności. Spośród naszych ograniczeń Chrystus wychodzi i przechodzi w świat wolności.

Syn Boga przychodząc na ziemię chciał nam powiedzieć coś więcej. Doczesność to nie tylko więzienie, czasami bardzo ciasne, takie niewygodne jak wózek, na którym siedzi kaleki człowiek, jak łóżko ciężko chorego człowieka, który czeka, aby go ktoś obrócił. To są te straszne więzienne cele na ziemi. To także wielka szansa wykorzystania wszystkich ograniczeń do kształtowania własnego serca, do dojrzałości. To jest tak, jakbyśmy byli w bardzo ciasnej formie, w której kształtuje się nasze serce do pełni wolności. Chrześcijaństwo to radość nie tylko czekania na wolność, ale radość twórczego przeżywania każdego dnia.

Podziękujmy dziś Chrystusowi zarówno za to, że otworzył przed nami drogę do świata prawdziwej wolności, jak i za to, że możemy razem z Nim przyjąć te wszystkie ograniczenia wiedząc, że kształtują one nasze serce.

Tu jest czas na zasługę, tu jest czas na dojrzewanie. A ponieważ każdego z nas rzeźbią inne ograniczenia, kształtuje się w nich indywidualność niepowtarzalna. Nie ma na świecie dwu identycznych ludzi. Każdy człowiek to niepowtarzalne arcydzieło, które wielbić będzie Boga w świecie pełnej wolności przez wieki. Zanieśmy dziś do Boga dziękczynienie za świat wolności, do którego zmierzamy, i dziękczynienie za to, że Syn Boga nauczył nas w ziemskich ograniczeniach kształtować nasze serce.

Ks. Edward Staniek

"Daję wam przykazanie nowe...”

Ten fragment Ewangelii ukazuje przełomowy moment w życiu Jezusa i zarazem w dziejach świata. Została wprawiona w ruch machina, która miała doprowadzić do śmierci Jezusa, a tym samym do naszego zbawienia. Dla nas, z ludzkiego punktu widzenia, jest to tragiczna hańba i klęska: zdrada, nienawiść, niesprawiedliwość, które spowodowały śmierć Jezusa. Ale z Bożego punktu widzenia jest to godzina chwały i tryumfu miłości, godzina zwycięstwa nad śmiercią i grzechem, godzina zbawienia.

Już wcześniej Piotr się temu sprzeciwił. Nie chciał krzyża, nie chciał, żeby Jezus umierał, bo w tej śmierci widział tylko klęskę. My myślimy bardzo podobnie. Trudno jest nam zrozumieć i zaakceptować, że do zbawienia potrzebny był krzyż i śmierć Syna Bożego. Może dlatego tak się przeciwko temu buntujemy, bo czujemy się winni i współodpowiedzialni za tę śmierć. Ostatecznie to nasze grzechy wymagały zadośćuczynienia i to one spowodowały śmierć Jezusa. Krzyż jest dla nas wyrzutem sumienia, jest oskarżeniem: zobacz, co spowodował twój grzech! Gdyby nie ludzkie grzechy, krzyż nie byłby potrzebny. Nic więc dziwnego, że wolelibyśmy inny sposób zbawienia. Ale innego sposobu nie ma.

Dlatego spójrzmy na krzyż od strony Boga, przez pryzmat Jego miłości. Nie jest to już wtedy tylko narzędzie nienawiści, kary, męczarni i śmierci. Jest to znak miłości i wywyższenia Jezusa, jest to tron, na którym Jezus jako król i władca wszechświata, dokonał aktu łaski i odkupienia, pojednał na nowo ludzi z Bogiem, zawarł wieczne przymierze i potwierdził je swoją ofiarą. Czyż dzieło to nie jest warte uwielbienia?

Ale jest warte tylko dlatego, że Jezus jest Synem Bożym, Bogiem we własnej osobie, że poszedł na krzyż z miłości i posłuszeństwa woli Ojca. Tylko te okoliczności nadały śmierci krzyżowej moc zbawczą. Wcześniej żadna inna śmierć ani największa nawet ofiara nie były w stanie sprawić tego, co uczyniła ofiara Chrystusa. A później poświęcenie życia i męczeństwo o tyle tylko są godne podziwu, o ile łączą się z ofiarą Chrystusa i wypływają z miłości. „Gdybym rozdał całą majętność ubogim i ciało wydał na spalenie, a miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał” – napisze św. Paweł w hymnie o miłości.

I właśnie dlatego w tym decydującym momencie, Jezus pozostawił nam jako swój testament przykazanie miłości. Nie dało się i da już nic zrobić, żeby krzyża nie było. Ale można zrobić wiele, żeby ta ofiara nie poszła na marne. W tym przełomowym momencie odkupienia, gdy została zapłacona cena naszych grzechów, muszą się zmienić radykalnie zasady życia. Świat odkupiony, to świat w którym głównym prawem i siłą życia jest miłość. Do tego stopnia, że to właśnie miłość jest znakiem rozpoznawczym uczniów Chrystusa czyli chrześcijan. Krzyż i miłość to jedno i to samo. Nie ma krzyża bez miłości i dlatego nie mamy prawa do znaku krzyża, jeśli mu nie towarzyszy życie we wzajemnej miłości. Chrystus bardziej chciał, żebyśmy się kochali, a nie tylko żegnali krzyżem.

I dlatego w naszym polskim chrześcijaństwie trzeba chyba będzie trochę poprzesuwać akcenty. To dobrze, że jesteśmy dumni z krzyża, to dobrze, że stajemy w jego obronie. Ale to nikogo nie przekona do Chrystusa, jeśli krzyżowi nie będzie towarzyszyło nasze osobiste świadectwo miłości. I pewnie nie byłoby aż tyle sprzeciwu wobec krzyża, gdybyśmy zamiast tylko walczyć, modlić się i mówić, potrafili także trochę kochać. Być wiernym krzyżowi i Ewangelii, to znaczy być wiernym miłości, żyć miłością. Bo krzyż i Ewangelia to nic innego jak tylko miłość Boga do nas objawiona w słowie i czynie. Teraz kolej na nas i na nasze świadectwo. Żeby poznali w nas uczniów Chrystusa.

Ks. Mariusz Pohl

Znaleźć przewodnika

Znaleźć przewodnika

Życie nasze jest za krótkie, by można było eksperymentować. Dni mijają bezpowrotnie. Gdyby się zatem eksperyment nie udał, takie dni są stracone na zawsze. Nie ma więc czasu na szukanie własnej drogi. Trzeba się zdecydować na jedną z tych, którymi ludzie wędrują.

W rozmowie z człowiekiem zagubionym usłyszałem pytanie: „Na jakiej podstawie ksiądz jest taki pewny wybranej przez siebie drogi życia?”. Odpowiedziałem, że idę za ludźmi, którzy tę drogę mają już za sobą — to Paweł z Tarsu, Augustyn z Hippony, Franciszek z Asyżu, Brat Albert i wielu im podobnych. Ja nie mam czasu na wytyczenie nowej drogi. Idę za nimi. „A jeśli się oni pomylili — pyta mój rozmówca — to i ksiądz się pomyli”. To prawda, odpowiadam. Lecz nawet gdyby się pomylili, jest to jedyna pomyłka, jaką warto na ziemi popełnić. A jest tak dlatego, że droga, jaką wybrali, pozwoliła im osiągnąć pełną dojrzałość. Nie widzę nikogo innego na świecie, kto mógłby się z nimi równać. To są ludzie wielkiego serca. Jeśli się nawet pomylę, to chcę się pomylić razem z nimi.

Przytaczam tę rozmowę, chcąc uświadomić podstawową prawdę ewangelicznej drogi. Nie można nią wędrować samotnie, trzeba wybrać przewodnika. Jest to droga, na której rozum jest potrzebny przede wszystkim do tego, by wybrał dobrego przewodnika. Dalsza wędrówka sprowadza się do wierności temu przewodnikowi.

Dlaczego — jako człowiek wierzący — wędrując za Pawłem z Tarsu, Augustynem czy Franciszkiem z Asyżu nie muszę się obawiać pomyłki? Dlatego, że oni wędrują za Chrystusem, to On był ich przewodnikiem. Ja też wybieram Jego jako przewodnika. On jeden spośród ludzi chodzących po ziemi zasługuje na całkowite zaufanie. Nie tylko dlatego, że ukazał najwyższą doskonałość zawartą w prawdziwej miłości, lecz również dlatego, że potrafił zwycięsko przejść przez grób, otwierając perspektywę nowego życia.

Jezus mówiąc o dobrym pasterzu i owcach idących za nim, chciał wezwać do zawierzenia. To On jest przewodnikiem, który zna drogę do domu Ojca. Owca nie musi filozofować, wybierać, eksperymentować. Wystarczy, jak ukocha swego pasterza i zawierzy Mu bez reszty. On stanie się jej przewodnikiem. Znika wówczas z życia koszmar wątpliwości.

Warto się zastanowić: czy znalazłem w życiu przewodnika? Zbyt często dzisiejszy człowiek chce sam decydować o drodze swojego życia, przez co zdradza wielką zarozumiałość, by nie powiedzieć głupotę. Po co bowiem przebijać się samotnie przez dżunglę, skoro są w niej już wytyczone ścieżki? Czy nie wystarczy znaleźć przewodnika, by wędrować przez nią w sposób pewny i stosunkowo łatwy?

Pierwszym znakiem ewangelicznej mądrości jest modlitwa o dobrego przewodnika. Kto go znajdzie, nie musi się obawiać ani tego, że zabłądzi, ani tego, że zginie w zasadzkach, jakie na drogach życia zastawia zło, przewodnik bowiem zna drogę i zna metody oraz potęgę zła czyhającego na człowieka.

Kto jest twoim przewodnikiem w życiu? Przypatrz mu się uważnie, bo jeśli nie jest to dobry przewodnik, możesz tego gorzko żałować.

Zacznijmy i my szukać człowieka, którego serce bije pragnieniem należenia do wspólnoty żyjącej ewangeliczną miłością.

Ks. Edward Staniek

"Betania" w Rabce

Dom Rekolekcyjno- Wypoczynkowy Diecezji Kielceckiej uroczym miejscem wypoczynku w Rabce.

betania

Copyright © 2017. MAKS Rights Reserved.